Z pamiętnika nowej członkini klubu SKPTG, czyli dlaczego warto zobaczyć wschód na Mogielicy.

„Kocham góry!” – powiedziałam w 2007 roku, kiedy po raz pierwszy zdobyłam Kończystą. Pojęcie „gór” utożsamiłam wtedy z Tatrami Zachodnimi i tak zostało na długie lata. W prawdzie kilka lat temu znajomi wyciągnęli mnie w Beskid Śląski, to jednak nie poczułam w tamtej chwili tak znanego mi, niezwykłego, górskiego klimatu.

Kiedy 2 miesiące temu dostałam propozycję wyjazdu w góry – „super!” – na tego typu inicjatywy nie trzeba mnie długo namawiać. Gdy uświadomiłam sobie, że chodzi o Beskid Wyspowy – „Nie oceniaj” – pomyślałam – „daj szansę”. W końcu punktem kulminacyjnym całej wyprawy miał być niesamowity, malowniczy wschód na należącym do Korony Gór Polski najwyższym szczycie Beskidu Wyspowego – czym prędzej wpisałam nazwę „Mogielica” w wyszukiwarce i jęknęłam – 1171 m. Ech ładne mi góry… Ale niech tam! Nocleg w bazie namiotowej, oglądanie wschodu słońca na „szczycie”, 2 dni intensywnego chodzenia –  jedziemy!

Pojechaliśmy we czwórkę: ja, mój przyszły mąż Bartek oraz dwóch członków klubu SKPTG: Paweł – kierownik wyjazdu i jego kolega Patryk (jak się później okazało – warto go znać).

Wyruszyliśmy bladym świtem w sobotę, kiedy Warszawa siała pustkami, a na ulicach można było spotkać tylko ludzi wracających z piątkowych imprez. Ziewając, odnaleźliśmy pociąg i po krótkich, grzecznościowych konwersacjach, ułożyliśmy się do snu. Kiedy otworzyliśmy oczy, za oknem piękne słońce wdzierało się do naszego przedziału i Kraków zbliżał się wielkimi krokami. Nieco ciasnym busikiem udaliśmy się do Mszany Dolnej, skąd miała rozpocząć się nasza wielka, weekendowa przygoda. Z u śmiechem na twarzy, z zaopatrzonymi plecakami w odpowiednią liczbę kanapek i czekolady oraz ze sprzyjającą, słoneczną pogodą – Ruszyliśmy!

Co kryje Mszana Dolna?

Mszana Dolna z pozoru wydaje się miasteczkiem typowo turystycznym: nowoczesny, wyremontowany dworzec autobusowy, wielka Biedronka  (a zaraz obok jeszcze większe TESCO), okoliczne sklepiki z najróżniejszym asortymentem i duża liczba ludzi – wszystko to trochę odstrasza poszukiwaczy wielkich przygód. Przed wyruszeniem w „góry” Paweł postanowił udowodnić nam, że Mszana ma jednak swoją jeszcze niezaprzedaną duszę i zaprowadził nas do trzech miejsc, które mogły wydać się interesujące.

Pierwszym z nich był park Krasińskich z pięknym dworkiem – podobno pięknym, bowiem kilka lat temu został on zaadaptowany do roli ośrodka wychowawczego dla trudnej młodzieży i obecnie można go oglądać tylko od tyłu. Pierwotnie nawiązujący do typowych polskich dworków, po II Wojnie Światowej został przebudowany na wzór angielskiego stylu „cottage” i jak już wcześniej wspomniałam jest zachwycający, ale nie mieliśmy szansy za bardzo się o tym przekonać – wierzymy na słowo przewodnikowi.

Drugim oglądanym przez nas miejscem był XIX w. kościółek p.w. św. Michała Archanioła w stylu neogotyku nadwiślańskiego, w którym niemalże wszystkie ściany pokryte zostały pięknymi, barwnymi malowidłami – bardzo podobny styl można spotkać np. w kościele pw. św. Wojciecha w Szczawnicy. Parafia wg śladów architektonicznych istnieje od 1345 r., jednak pierwsze przesłanki istnienia pochodzą z czasów potopu szwedzkiego, podczas którego najeźdźcy spalili doszczętnie kościół wraz z całą miejscowością. Kościół został odbudowany i dopiero w XIX w. zdecydowano o wzniesieniu kamiennej budowli. W jednym i drugim miejscu znajduje się również wiele starych drzew, które Patryk mógł sobie dopisać do książeczki;)

Trzecim, ostatnim miejscem był jeden z 537 cmentarzy I Wojny Światowej – cmentarz przyszpitalny, na którym m.in. zostało pochowanych 32 żołnierzy poległych podczas kampanii 1914 r. Beskid Wyspowy w czasie I Wojny Światowej był dosyć mocno zaangażowany w działania zbrojne. W samym powiecie limanowskim znajduje się 11 cmentarzy z tego okresu. Na cmentarzu w Mszanie znajduje się również kilka grobów z 1939 r. Dokładnie we wrześniu cała miejscowość została zbombardowana, a wiele okolicznych miejscowości uległo częściowemu spaleniu. Podczas II Wojny Światowej na terenie Beskidu Wyspowego prężnie działał silny ruch oporu – tu ze szczytów (Mogielica) żołnierze AK odbierali zrzuty z alianckich samolotów, napadali na niemieckie transporty wojskowe oraz wysadzali pociągi.

W Mszanie podobno jest też piękny ryneczek, ale głównym elementem rzucającym się w oczy, jest tablica informująca o dofinansowaniu przez UE.

Pierwsze zderzenie z Beskidem Wyspowym

Sprzyjające słońce rozebrało (dosłownie) męską część naszej załogi, a ja plułam sobie w brodę, że przyodziałam długi rękaw i długi „nogaw”. Nie bacząc na błahy czynnik, jakim jest nieodpowiedni dobór garderoby i wzdychając tylko co jakiś czas, starałam się dotrzymywać kroku moim towarzyszom – a o to niełatwo, kiedy kroczą obok trzy pary długich, silnych męskich nóg i potrójne ego;) Szlak rozpoczął się dosyć nietypowo, bo na podmokłej, gigantycznej łące u podnóża góry. Z początku myśleliśmy, że to po prostu taka natura żółtego szlaku, ale jak się później okazało – były to niezamierzone skróty kierownika wyjazdu, które zgodnym chórem ochrzciliśmy „skrótami hrabiego Janickiego”.

W drodze na Łostówkę zrobiliśmy mały odpoczynek – dla samego odpoczynku i złapania oddechu, ale i dla niesamowitych, roztaczających się widoków. Nie były to Tatry Zachodnie w prawdzie, ale duża liczba wystających małych, zalesionych, skąpanych w słońcu czubków gór robiła wrażenie. Wtedy dowiedziałam się co to jest „robienie panoramy”. Panowie z klubu podzielili się z nami tą jakże cenną umiejętnością i zaczęli po kolei wskazywać z imienia wszystkie otaczające nas szczyty. W tej dyscyplinie bezkonkurencyjny okazał się Patryk, który bez użycia mapy i kompasu potrafił nazwać to, co widział. Pozazdrościłam mu tego przeokropnie i czym prędzej rozpoczęłam naukę rozpoznawania okolicy. Łatwo zgadnąć, że jak na początki szło mi marnie, ale to podobno normalne, więc bez cienia rezygnacji zagłębiłam się w technikę „robienia panoramy”. Co ciekawe, będąc wielką miłośniczą Tatr i pokonując tysiąc razy Dolinę Chochołowską – umiałam wymienić może 2 szczyty, które podejrzewałam o królowanie nad tym terenem. Nie bójmy się tego stwierdzenia – trochę wstyd.

Robienie Panoramy

Dochodząc do pierwszego pośredniego naszego celu –  Łostówki – okazało się, że żeby dostać się na kolejny szczyt, trzeba zejść całkowicie na dół i zaczynać od zera. To było coś nowego. W Tatrach, nie tylko Zachodnich jest tak, że pierwszym etapem każdej wędrówki jest pokonanie pewnej wysokości, skąd można sobie dalej wędrować granią i zdobywać wyższe i niższe szczyty. W Beskidzie Wyspowym natomiast trzeba wejść na samą górę po to, żeby zejść na dół, a potem znowu w górę i znowu na dół i tak bez końca. Niby jeden masyw, ale jakoś tak oddzielone te szczyty. Jakby były samotnymi wyspami (nazwa trafiona!).  Nie mniej jednak doświadczenie interesujące i wtedy zwróciłam honor tym górom.

Czy Ogorzała jest ogorzała?

 

Pierwszym zdobytym szczytem Beskidu Wyspowego została mierząca zaledwie 806 m. Ogorzała. Legenda głosi, że na jej zboczu w Lesie Tobołowym znajdują się pieczary, w których ponoć śpią rycerze. Mają się oni obudzić dopiero w dniu Sądu Ostatecznego,żeby zawojować świat. Legendy legendami, jednak ta góra ma w sobie jakąś tajemnicę, ukrytą wśród gęstych lasów.

Idąc znanymi nam już skrótami Janickiego, bez większych problemów pokonaliśmy te kilkaset metrów podejścia. Schody zaczęły się wraz z próbą przedostania się na drugą stronę zbocza.  Okazało się bowiem, że kilka tygodni wcześniej miały tutaj miejsce niemalże dantejskie sceny, owocem czego na naszej drodze stanęło gigantyczne naręcze wiatrołomów. W tym miejscu moje „plucie w brodę” z powodu błędnego ubioru się zakończyło, gdyż długi „nogaw” spisał się wręcz doskonale (jednak kobieca intuicja!). Moi towarzysze prawdopodobnie do dzisiaj chwalą się głębokimi ranami i bliznami po tym starciu.

Wiatrołomy

Przedzierając się przez sterty drzew, dawno straciliśmy szlak z oczu. Przyzwyczajeni do takiej możliwości, obyło się bez paniki. Skoro weszliśmy na górę, celem było po prostu zejście w dół – ot filozofia.

Dlaczego Ogorzała? Bladego pojęcia nie mam. Niby są polany, ale w porównaniu do lasów – to znikomy procent. Słońce też nie skupia się bardziej na tych terenach. Być może zabrakło pomysłów? Tuż obok przecież znajduje się Ostra. Co ma Ogorzała do Ostrej? Też za bardzo nie wiadomo.

 Ogorzała chyba

Skąd pająki wiedzą dokąd mają iść?

 

W drodze na Jasień zrobiliśmy drugi dłuższy odpoczynek. Cisza, spokój, zaledwie dwie żywe dusze nas minęły. Położyliśmy się tuż obok drogi. Nad nami po błękitnym niebie leniwie płynęły białe chmury, a trawa pachniała zbliżającą się jesienią. Podczas gdy ja wystawiałam twarz do słońca, moi towarzysze grzebali w plecakach w poszukiwaniu kulinarnej zawartości. Skłamałabym mówiąc, że się nie załapałam na kawałek kanapki, a tym bardziej kawałek czekolady. To wielka zaleta podróżować samotnie z mężczyznami – zawsze odpowiednio zaopatrzeni, zawsze chętni do pomocy, troszczą się, poniosą plecak. Cud, miód, malina, nic tylko brać chłopaków w góry!

Kiedy tak leżeliśmy i myśleliśmy o niczym, tzn. moi towarzysze myśleli o niczym (bo kobiety zawsze o czymś myślą), Paweł postanowił podzielić się z nami swoimi entomologicznymi (za wikipedią: nauka o insektach) obserwacjami i tak patrząc na zmierzającego w naszą stronę małego pajączka, zapytał: „Skąd on (przyp. pająk) wie dokąd ma iść?” Bez cienia złośliwości spojrzeliśmy na Pawła z uwagą i pytającym spojrzeniem, zastanawiając się, co autor miał na myśli oraz co mogło znajdować się w tej czekoladzie. Wychodząc od filozofii myślenia pająka, po jego potrzeby, pragnienia i przynależność stadną – doszliśmy do filozofii drzewa i wtedy było już wiadomo. Koniec tego odpoczywania, czas ruszyć dalej!

 W drodze na Jasień chyba

Po skrótach hrabiego Janickiego

Kiedy doszliśmy na Jasień (1052 m.), słońce na niebie było coraz niżej. W oddali migotało źródełko, nad którym znajdowała się niezamieszkała chatka i rozbity, jaskrawo pomarańczowy namiot. Na zewnątrz kilku mężczyzn jak gdyby nigdy nic, w połowie stroju Adama zażywali kąpieli po całodziennej wędrówce. My mieliśmy się wykąpać za jakieś max 30 min.

Jasień

Ukontentowana perspektywą rychłej ciepłej herbaty, ciepłego posiłku, ciepłego – tu ciut przesadziłam – prysznica, pokonywałam ostatnie metry naszej sobotniej trasy. Kierownikiem wyjazdu był Paweł, dlatego wszyscy szliśmy za nim, a że przez cały dzień proponował nam najróżniejsze skróty (które często dziwnym zbiegiem okoliczności wydłużały naszą trasę), tym razem również ulegliśmy pokusie.

Zeszliśmy wyrobioną z pewnością przez człowieka ścieżką, gdyż nasza baza namiotowa znajdowała się ciut niżej niż Jasień. Po pewnym czasie Panowie z klubu zauważyli, że kierujemy się chyba nie w tę stronę świata, co trzeba. Nawet nie próbowałam dyskutować, ponieważ jestem w tym raczej słaba, a jedyne co pamiętam z dzieciństwa to to, że mech rośnie po północnej stronie drzew. Szkoda, że tutaj mchu nie było. Stanęliśmy ze zmartwionymi minami przyglądając się mapie z każdej strony. Padł pomysł nawet sprawdzenia GPS, ale zasięg zdechł, więc pomysł razem z nim.

Patrząc na zmęczone twarze moich towarzyszy, zlitowałam się nad nimi i podjęłam męską decyzję sprawdzenia naszej dalszej drogi. Biegłam, biegłam, a śladu szlaku jak na lekarstwo – Beskid Wyspowy generalnie jest dosyć słabo oznaczony, dlatego tutaj można trochę (ale dosłownie odrobinę) Pawła usprawiedliwić. Kiedy już byłam prawie na samym dole i miałam perspektywę wracania ponad 300 m. w górę, stwierdziłam że faktycznie coś poszło (a właściwie my) nie tak. Nie było mnie na tyle długo, że aż Bartek musiał ruszyć na odsiecz.

Kiedy dołączyłam do moich towarzyszy, było jasne że trzeba będzie zawrócić na sam szczyt. Myśl o kolejnych metrach pod górę, kiedy było już tak blisko… Jedno jest pewne: Jasień do jedyny szczyt w Beskidach, który zdobyłam podwójnie.

Wyższość bazy namiotowej nad schroniskiem

Po wyżej opisanych trudach, w końcu doszliśmy do celu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy „od progu” zostaliśmy poczęstowani gorącą herbatą. Tego nam było trzeba! Potem się okazało, że kuchnia jest do naszej całkowitej dyspozycji, jak nam będzie zimno to możemy dostać dodatkową kołdrę, a w ogóle to jest prysznic i elegancka sławojka i do tego można rozpalić ognisko. Prawdziwa rewelacja!

Baza_Polana Wały

Baza namiotowa Polana Wały składa się dosłownie z 4 namiotów, zadaszonej kuchni turystycznej, zaplecza łazienkowego, miejsca na ognisko  i fantastycznych gospodarzy oraz psa przybłędy – Bazika. W kuchni znajduje się stary piec, który przeżył już niejedną potrawę, mnóstwo garnków, naczyń i czego tylko żołądek zapragnie. Wojskowe zielone namioty wywołują przyjemne kolonijne wspomnienia, a drewniana sławojka i autorska konstrukcja prysznicowa nadają niezwykłego, campingowego klimatu. Oprócz nas w bazie nocowała grupa z Łodzi – jak się okazało byli to uczniowie, absolwenci jednego z liceów i… ich nauczyciele! Co ja bym dała, żeby mieć takich nauczycieli! Jeszcze się okazało, że jeden z nich jest przewodnikiem beskidzkim i że takie wycieczki dla nich to nie pierwszyzna.

Kuchnia

Zmęczeni, rozpoczęliśmy odpowiednie spędzenie wieczoru od porządnego posiłku. Gotowaliśmy w zależności od tego, kto się nie znajdował akurat pod prysznicem, jedna osoba wstawiła wodę, druga rozpakowała makaron, trzecia pokroiła parówki i tak wspólnymi siłami zrobiliśmy przepyszną, godną mistrzów kolację. Po niej wyciągnęliśmy gitarę i śpiewniki i to właśnie wtedy poczułam ten klimat. Przysiadły się do nas dzieciaki z Łodzi i wspólnie śpiewaliśmy turystyczne piosenki – tylko turystyczne, bo wyłącznie na takie zgodzili się Panowie z klubu, tłumacząc się poczuciem misji szerzenia tego gatunku. Nie było zatem „Zawsze tam gdzie ty”, czy „Kołysanki dla nieznajomej” (nie można mieć wszystkiego). Patryk zaangażowany w akcję wziął aż 8 śpiewników, które do dzisiaj zdobią moją szufladę.

Po przyjemnie spędzonym wieczorze niebo zasnuły mgły i zaczął kropić mały deszcz, a potem coraz mocniej i mocniej, aż myśleliśmy że popłyniemy wraz z namiotem. W tym pięknym momencie Paweł zdał sobie chyba sprawę, że jednak nie wstaniemy o 3.30 rano (a właściwie w nocy), żeby oglądać wschód ze szczytu Mogielicy. Nie kryliśmy radości.

Wschód na Mogielicy

Wstaliśmy o 5 rano, a pole widzenia sięgało tylko czubków naszych nosów. Było ciemno, mglisto i nic nie zapowiadało poprawy pogody. Zabraliśmy się do robienia kanapek i przy tej okazji poznaliśmy kulinarne gusta Patryka – biały serek to dziadowski serek i nikt Patryka nie przekona. Ubrani od stóp do głów, z kapturami na głowach ruszyliśmy na Mogielicę. Wokół nie było widać nic.

Krocząc w chmurach dotarliśmy do celu naszego wyjazdu. Mogielica ma 1170 m., króluje nad całym Beskidem Wyspowym i należy tym samym do Korony Gór Polski. Jedna z legend głosi, że ta niezwykła nazwa ma wiele wspólnego z mogiłami. Mieszkańcy okolicy uważali, że ciała osób, które straciły życie w nienaturalny sposób lub bez ostatnich sakramentów nie mogą zostać pochowane na miejscowych cmentarzach. Wszystkie zatem zwłoki samobójców, morderców i innowierców wywożono na północny stok Mogielicy. W ten sposób góra stała się królową mogił.

Ze szczytu Mogielicy rozpościera się piękny widok na panoramę całego Beskidu i sąsiednich pasm górskich. Niestety nie dane nam było się o tym przekonać. Zachęcona opowieściami kierownika wyjazdu, weszłam na wieżę widokową a stamtąd można było zobaczyć dosłownie… nic. Znajdowaliśmy się w samym środku białej, kłębiącej chmury,która postanowiła nam towarzyszyć przez cały dzień.

Mogielica2

Mogielica

Tajemniczy bliźniak

 

Schodziliśmy powoli, żeby nie poślizgnąć się na kamieniach, które nieustannie pokrywał siąpiący kapuśniak. Padający deszcz ma to do siebie, że pobudza pęcherz, a wiadomo, że kobiety mają gorzej w tej kwestii. Dotarliśmy do wsi Jurków, gdzie zrobiliśmy odpoczynek w zadaszonej części jeszcze zamkniętej, góralskiej knajpy, a ja wypatrywałam toalety. Niestety takie wsie, jak Jurków nie mają pensjonatów, knajp czy nawet przydrożnego toi toia, dlatego musiałam jakoś wykombinować i udało się wejść na miejscową plebanię.

Po tym bardzo krótkim przystanku (nie dajcie sobie wmówić inaczej), zza chmur leniwie wyszło słońce i przyszedł czas na zdobycie kolejnej góry Beskidu – Ćwilina. To wzniesienie ma raptem 100 m. mniej niż Mogielica i tym samym jest drugą, co do wysokości okoliczną Wyspą. Nazwa Ćwilin (1072 m.) pochodzi od niemieckiego słowa „Zwilling” i oznacza „Bliźniaki”. Nadali ją w XIV w. niemieccy osadnicy z okolicznych miejscowości uznając Ćwilin i niedaleką Śnieżnicę za bliźniacze szczyty. Z tym wzniesieniem wiąże się tragiczna legenda. Podobno kiedyś pod Ćwilinem znajdowała się ogromna przepaść i do niej rzucił się młody chłopak, którego spotkał zawód miłosny. Od tamtej chwili z otchłani przepaści wydobywały się jęki i zgrzytanie zębów. Pewnego dnia ukochana, która go skrzywdziła zbierała nieopodal jagody i przypadkowo go ujrzała. Okazało się, że zakochany niegdyś młodzieniec zmienił się w prawdziwego potwora – miał zjeżone włosy, a z ust buchał mu płomień. Przestraszona dziewczyna zaczęła uciekać, ale ten ją dogonił i wciągnął w przepaść. Od tego czasu nikt już nie słyszał ani jęków ani zgrzytów,     a przepaść zniknęła.

Weszliśmy na górę, usiedliśmy na drewnianych ławach, wyjęliśmy przekąski, a Paweł wpadł na pomysł wykorzystania palnika, który z poświęceniem dźwigał od samej Warszawy – ugotowaliśmy przepyszną herbatę i zaczęło znowu padać.

Stok narciarski w lecie

Idąc w deszczu (i mając smak rozmiękczonych krakersów w ustach) znowu poszliśmy skrótami Janickiego i zgubiliśmy szlak, nawet przechodziliśmy przez szlaban – z Beskidami jest taki problem, że nie są zbyt wysokie i w wielu miejscach ludzie robią sobie tam trasy, a to do chodzenia, a to do jazdy rowerem, czy jakimś samochodem terenowym. Dlatego ciężko jest tak do końca stwierdzić, czy idzie się dobrze, czy nie, bo ma się świadomość, że gdzie się nie pójdzie, tam na pewno ludzka noga stanęła nie raz i dokądś droga prowadzi.

I tak pokrętnymi, niezbadanymi ścieżkami dotarliśmy do bliźniaka Ćwilina – Śnieżnicy. Śnieżnica od jakiegoś czasu została zaadaptowana na stok narciarski i obecnie głównie z tym kojarzy się turystom. Byliśmy więc zaskoczeni, kiedy poza sezonem zobaczyliśmy tam dużą grupę ludzi. Nagle minęły nas pędzące rowery, a chwilę potem zobaczyliśmy zakapturzonych kibiców i okazało się, że na stoku narciarskim odbywają się zawody motocrossowe. Śmigali z naszej lewej, prawej strony. Poruszając się po szlaku, obracaliśmy głowy co jakiś czas, żeby nie zostać zaskoczonym przez rozpędzonego, ubłoconego sportowca.

 

Z niespodziewaną wizytą u Justyny

Śnieżnica króluje nad Kasiną Wielką, a ta stanowiła ostatni punkt na mapie naszej podróży. Kasina to najstarsza wieś zagórzańska, a pierwsza wzmianka o niej pochodzi z dokumentu z 1254 roku, z czasów Bolesława Wstydliwego. Słynie głównie z tego, że wychowywała się tam nasza olimpijska medalistka i chluba narodowa – Justyna Kowalczyk, o czym przypomina znajdujący się duży billboard przy wjeździe do miejscowości.

W Kasinie znajduje się również piękny, drewniany kościółek pw. św. Marii Magdaleny, który jest jednym z niewielu przykładów dawnego budownictwa drewnianego znajdującego się na Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce. Został wybudowany w 1624 roku, a 54 lata później dobudowano do niego wieżę oraz część nawy. Kościółek jest jednonawowy i ma konstrukcję zrębową. Wnętrze zdobią niezwykłe, barokowe malowidła, w intensywnych kolorach, a na tęczowej belce znajduje się krucyfiks i XVII w. drewniane postacie Matki Bożej   i św. Jana.

kościółek w Kasinie

Tuż naprzeciwko znajduje się murowany kościół, do którego poszliśmy na Mszę Świętą. Mieliśmy około 2 godzin do odjazdu, dlatego dokładnie zaplanowaliśmy wszystko tak, żeby zmieścić się w planie. Po Mszy mieliśmy jeszcze chwilę, żeby zjeść na spokojnie i połazić po okolicy. Był oczywiście jeszcze jeden obowiązkowy punkt do zaliczenia – toaleta. Jednak tutaj, podobnie jak w Jurkowie – ni widu, ni słychu.

Obok kościoła znajduje się szkoła, ktoś rzucił, że może siedzi tam jakiś sympatyczny ochroniarz, który wpuści zakłopotaną turystkę w potrzebie. Zostawiłam moich towarzyszy podróży na przystanku, z którego mieliśmy złapać busa do Krakowa i podeszłam do drzwi. Te ani drgnęły i z rozpaczą w oczach udałam się na dalsze poszukiwania… Nagle zza rogu wyłonił się młody, umundurowany… strażak! Spytałam go czym prędzej, czy może ma klucze do szkoły, albo zna kogoś kto je ma i w tym miejscu opisałam mu całą historię, że jestem z trzema chłopakami, że oni nie rozumieją jak to jest i że zaraz wyjeżdżamy, i że delikatnie mówiąc – tragedia. Strażak spojrzał na mnie z zaciekawieniem i odparł, że niestety, ale osoby posiadające klucze są teraz nieuchwytne. Zaproponował jednak, żebym spróbowała popytać mieszkańców. Odparłam, że to raczej głupio zapukać do czyjegoś domu i spytać o możliwość skorzystania z łazienki, ale gdyby mi towarzyszył, to na pewno byłoby mi łatwiej. Strażak spojrzał na mnie z jeszcze większym zaciekawieniem i ku mojemu zdziwieniu przystał na propozycję – ruszył przede mną, wyznaczając drogę.

Po chwili, wskazał ręką błękitny budynek znajdujący się przed nami, okazało się że to dom rodzinny Justyny Kowalczyk – tej Justyny Kowalczyk. Nie zdążyłam skomentować tej informacji, a już strażak zagadał kobietę z dzieckiem na ręku, która wyszła z tego domu. Będąc w delikatnym szoku i nieco się czerwieniejąc, rozwinęłam myśl strażaka i wytłumaczyłam owej kobiecie, dlaczego znajduję się przed jej domem i czemu chcę do niego wejść. Zainteresowana moją opowieścią gospodyni, z uśmiechem na twarzy zaprosiła mnie do środka. Po drodze minęłam starszą kobietę i starszego mężczyznę, których pozdrowiłam i prawie uściskałam ze szczęścia.

Moi towarzysze jak stali na przystanku, tak stali, lekko oszołomieni od momentu, kiedy zobaczyli mnie kroczącą w parze ze strażakiem. Z przejęciem i szerokim uśmiechem podeszłam do nich i opowiedziałam, co przed chwilą się wydarzyło. Prawdopodobnie do dzisiaj zbierają szczęki z podłogi 🙂

Skrzyżowanie skrzyżowaniu nie równe

Według naszego planu, a ściślej rzecz biorąc planu kierownika wyjazdu, mieliśmy odjechać z przystanku „Skrzyżowanie”. Okazało się, że o dziwo skrzyżowań w Kasinie jest więcej niż jedno, a zaczepiani przez nas mieszkańcy nie wiedzieli nawet o istnieniu takiego przystanku. Rozpoczęliśmy proces zarządzania kryzysem.

Rozdzwoniły się telefony, Paweł próbował się dodzwonić na infolinię, Patryk do Warszawy, ja nie miałam zasięgu, a Bartek próbował coś ustalić z aplikacją GPS na telefonie. Wszystkie nasze starania spełzły niestety na niczym, a czas się niebezpiecznie kurczył. W końcu, po kilku dyskusjach, ustaleniach, sprawdzaniach, okazało się, że powinniśmy znajdować się 3 km dalej od miejsca, w którym byliśmy – właściwie powinniśmy się tam znaleźć za 20 min. Byliśmy bez szans.

Niezrażeni oczywistym niepowodzeniem zaczęliśmy histerycznie coraz szybciej przebierać nogami. Rzuciłam pomysł ze złapaniem stopa, ale nie spotkał się on z entuzjazmem. Kiedy tak biegliśmy i biegliśmy i wypluwaliśmy płuca, ja odwracałam się co jakiś czas i pokazując zęby, wyciągałam uniesionego kciuka prawej ręki w stronę jadących samochodów. Niestety, wszystkie mijające nas pojazdy miały nasz ciężki los           w głębokim poważaniu, toteż dalej biegliśmy i wypluwaliśmy płuca.

Jako pierwsi na miejsce dotarli Bartek i Paweł, z wcale nie gorszym czasem dołączyłam z Patrykiem po kilku minutach. Niestety nasz bus prawdopodobnie już pojechał, albo w ogóle go nie było i sytuacja z minuty na minutę robiła się coraz bardziej dramatyczna. Znowu rzuciłam pomysł ze stopem i tym razem moi towarzysze byli bez wyjścia i musieli przyznać mi rację. Nie minęło 15 minut, a mój pomysł się zrealizował i to w postaci dwóch samochodów – właściciele ochoczo nas przygarnęli i zaproponowali podwózkę do Myślenic. Była to rodzina z Bielska Białej, która właśnie wracała z wypoczynku w Bieszczadach. Od razu złapaliśmy kontakt i podróż minęła bardzo szybko, a do tego na ciekawej pogawędce.

W Myślenicach złapaliśmy busa do Krakowa i znowu wszystko było pod kontrolą. W Krakowie o mało nie spóźniłam się na pociąg (o ironio – przez poszukiwania toalety), ale wszystko jak zwykle skończyło się szczęśliwie – cali, i zdrowi powróciliśmy do swoich domów.

Ten ekscytujący, niezapomniany wyjazd odbył się w dniach 23-24 sierpnia b.r. Dlaczego dopiero po niemalże dwóch miesiącach relacja? Cóż, jak to powiedział pewien niemiecki filozof: wszystko, co doskonałe, dojrzewa powoli.

Bilans pierwszego wyjazdu z SKPTG:

  • 6 zdobytych szczytów (w tym jeden podwójnie)
  • 1990 m. przewyższenia
  • 45,4 km
  • 64 GOT
  • Odwiedzony dom rodzinny Justyny KowalczykCAM00591

Agnieszka Krześniak

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Majówka 2014

logo_skptg_large

„Mam na imię Paweł, jestem studentem Politechniki Warszawskiej i chciałbym jeździć z fajnymi ludźmi w góry”. Wciąż pamiętam myśl, która mi przyświecała, kiedy w październiku po raz pierwszy zawitałem do Studenckiego Klubu Przodowników Turystyki Górskiej w Warszawie. Nie spodziewałem się jeszcze wtedy, że już za pół roku sam będę organizował majówkę dla mojego klubu. No, prawie sam.

Będąc nowym członkiem klubu wziąłem udział w kursie na Organizatora Turystyki, który jest pierwszym ze stopni w „hierarchii” naszej organizacji. Ukończenie kursu uprawnia do prowadzenia wycieczek dla grup zorganizowanych, jednakże to wcale nie o samo uprawnienie chodzi, bo przecież każdy może organizować wypady w góry dla siebie i swoich znajomych. Kurs przede wszystkim przygotowuje uczestnika, aby potrafił on radzić sobie we wszystkich sytuacjach, które mogą zdarzyć się podczas wycieczek, takich jak załamanie pogody, napotkanie dzikich zwierząt, kontuzje czy zgubienie szlaku. Przy okazji kursant uczy się, jak sprawić, żeby wycieczka była ciekawa i dopasowana do oczekiwań i możliwości uczestników. O tym wszystkim dowiedziałem się od doświadczonych kolegów – kadry klubu, która prowadzi cotygodniowe wykłady. Jednakże kiedyś wreszcie przychodzi moment, kiedy zdobytą wiedzę trzeba przekuć na umiejętności i wypróbować ją w praktyce. W tym celu uczestnicy kursu OT (w tym ja) organizują majówkę klubową.

Chodząc po górach często zapominamy, że dla organizatora wycieczka zaczyna się dużo wcześniej niż w momencie wyruszenia na szlak. Całe przedsięwzięcie należy najpierw dokładnie zaplanować. Pierwsze pytanie brzmi „gdzie?”, drugie – „jaki będzie charakter wycieczki?”, wreszcie – „kto chce z nami jechać?”. Zdecydowaliśmy się na wyjazd namiotowy w Beskid Niski, a po przeprowadzeniu akcji reklamowej majówki zebrało się trzynaścioro uczestników. Można byłoby rzec – dość pechowo, dlatego liczymy właśnie na Ciebie, drogi Czytelniku, abyś wybrał się w przyszłym roku z nami! Oczywiście na zebraniu ekipy organizacja się nie kończy. Pozostaje kwestia zapewnienia wyżywienia, namiotów i biletów na przejazd dla całej trzynastki, w czym, na szczęście, mogłem liczyć na pomoc innych klubowiczów.

zd1

Beskid Niski; fot. Magdalena Latoszek

Pierwszy maja, godzina piąta rano. Wysiedliśmy z autobusu w Gorlicach. Jest to niewielkie miasto, aczkolwiek z bardzo bogatą historią. To tutaj Ignacy Łukasiewicz prowadził swoją aptekę, w której dokonał pierwszej na świecie destylacji ropy naftowej. Również w tym miejscu rozegrała się podczas I wojny światowej tzw. „Operacja Gorlicka”, której pamiątką są liczne cmentarze wojenne z tego okresu.
W niewielkiej odległości od miasta znajdują się dwie perełki architektoniczne, wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO – kościół w Sękowej i cerkiew w Owczarach. O tym, jak ciekawe i ważne kulturowo są to zabytki, świadczy fakt, że na liście UNESCO jest tylko 14 wpisów dotyczących polskich obiektów. Ponieważ SKPTG jest klubem turystyczno-krajoznawczym, dbamy o to, aby oprócz chodzenia po górach i podziwiania pięknych widoków uczestnicy wycieczek mogli lepiej poznać polską kulturę i historię. To właśnie było zadaniem kursantów. Na zakończenie dnia czekały nas jeszcze nie lada atrakcje – śpiewy z gitarą przy ognisku i kąpiel w górskim strumieniu. Brrr!

Pomnik Ignacego Łukasiewicza w Gorlicach; fot. Patryk Kocięcki

Pomnik Ignacego Łukasiewicza w Gorlicach; fot. Patryk Kocięcki

Góra Cmentarna w Gorlicach; fot. Patryk Kocięcki

Góra Cmentarna w Gorlicach; fot. Patryk Kocięcki

Kościół w Sękowej; fot. Patryk Kocięcki

Kościół w Sękowej; fot. Patryk Kocięcki

Cerkiew w Owczarach; fot. Patryk Kocięcki

Cerkiew w Owczarach; fot. Patryk Kocięcki

Nazajutrz zdobyliśmy Magurę Małastowską – największe wzniesienie podczas naszej majówki (813 m n.p.m.). W jej okolicy znajdują się dwa kolejne cmentarze wojenne, których Austriacy zbudowali w sumie 388. Świadczy to o tym, jak krwawe walki toczyły się na tych terenach. Pod wieczór nastąpiło załamanie pogody, które zawsze jest wyzwaniem dla organizatorów. Ponieważ prognozy nie były optymistyczne, zdecydowaliśmy się, aby kolejny dzień spędzić na zwiedzaniu, a nocleg zorganizować pod dachem – w gospodarstwie agroturystycznym. Żeby nieco rozweselić grupę, której zaczynały już doskwierały zmęczenie i słota, wieczór spędziliśmy grając w „mafię” – grę towarzyską, która pozwoliła nam się świetnie zintegrować, za co dziękuję pomysłodawcy 🙂 .

Na szczycie Magury Małastowskiej; fot. Patryk Kocięcki

Na szczycie Magury Małastowskiej; fot. Patryk Kocięcki

Deszcz. Oczywiście, zawsze znajdą się chętni, żeby w przemoczonych butach i ubraniach wspinać się po błocie w góry, jednak rolą Organizatora Turystyki jest wybadanie nastrojów w grupie, a następnie podjęcie odpowiedniej decyzji. Uczono nas, że zawsze warto mieć plan awaryjny, a o ten w Beskidzie Niskim wcale nietrudno. Jest to teren niezwykle urozmaicony, o bogatej historii, folklorze i kulturze, więc wiele jest miejsc, do których warto się udać. My zdecydowaliśmy się na Szymbark. Jest to mała miejscowość, w której znajduje się renesansowy kasztel – jeden z nielicznych w Polsce szlachecki dwór obronny z XVI w. W pobliskim skansenie mogliśmy zobaczyć, jak wyglądało życie mieszkających na tych terenach Pogórzan, a w drewnianym kościele św. Wojciecha przewodnik opowiedział nam o historii Szymbarku.

Kościół św. Wojciecha w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Kościół św. Wojciecha w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Skansen w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Skansen w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Kasztel w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Kasztel w Szymbarku; fot. Patryk Kocięcki

Ostatniego dnia majówki znów wyszło słońce. Naszym celem było zdobycie Beskidzkiego Morskiego Oka. Jest to niewielkie jeziorko, które powstało wskutek osunięcia się zbocza Góry Maślanej w 1784 r., co wywołało prawdziwą klęskę żywiołową na tym terenie, gdyż wielu okolicznych mieszkańców musiało opuścić swoje gospodarstwa. Jeziorko jest pamiątką po tym wydarzeniu. Następnie przez Maślaną Górę przeszliśmy do Stróży, gdzie pożegnaliśmy się z Beskidem Niskim, udając się w drogę powrotną do Warszawy.

Beskidzkie Morskie Oko; fot. Patryk Kocięcki

Beskidzkie Morskie Oko; fot. Patryk Kocięcki

A teraz – podsumowanie okiem kursanta. Poprowadzenie tego wyjazdu było niezwykłą przygodą. Do tej pory nie miałem doświadczenia w prowadzeniu tak dużej grupy osób, więc niewątpliwie wiele się nauczyłem, a przygotowując się do wyjazdu od strony merytorycznej, poznałem Beskid Niski na pewno lepiej, niż będąc jedynie uczestnikiem wycieczki. Miałem również to szczęście, że moja grupa była bardzo zdyscyplinowana i świetnie się ze sobą dogadywaliśmy. Kadra kursu była zawsze otwarta i skora do pomocy, co dawało mi dużo pewności siebie. Bardzo mi się podoba również to, że na nasze wyjazdy może pojechać praktycznie każdy – bez względu na wiek, wytrzymałość i doświadczenie, bo trasy są dopasowane do możliwości uczestników. Wycieczka zebrała bardzo pozytywne opinie kolegów i koleżanek, mogę zatem zapewnić, że wyjazd był udany, i pożegnam się popularnym sloganem, pod którym także i ja się podpisuję: „Beskid Niski – sercu bliski”.

Paweł Janicki

Beskid Niski; fot. Magdalena Latoszek

Beskid Niski; fot. Magdalena Latoszek

Drogi Czytelniku, jeśli przeczytałeś ten artykuł, to znak, że jesteś sympatykiem gór. Pora, abyś i Ty wyruszył z nami na kolejną wyprawę. Niedługo rozpoczynamy „Akcję Lato”, więc zbierz znajomych i przyjdź na spotkanie naszego Koła, polub nas na Facebooku i śledź naszą stronę internetową skptg.om.pttk.pl, by uzyskać informacje o planowanych wyjazdach. Zapraszamy!

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Miejsca w Warszawie, których nie znasz, a powinieneś.

drewniak1Oznaka Oddziału Międzyuczelnianego PTTK w Warszawie

„Szlakiem Zabytków Architektury Drewnianej w Warszawie”

Każdy kandydat na OT, a tym bardziej porządny OT ze stażem wiedzieć powinien co Oddział Międzyuczelniany, do którego należy SKPTG, dla dobra dziedzictwa kulturalnego zrobił. Ustanowiona staraniem OM została m. in. Odznaka Krajoznawcza „Szlakiem Zabytków Architektury Drewnianej w Warszawie”. Poniżej TOP 5 z całej listy obiektów. Niesamowite historie, bogata przeszłość, dziedzictwo kulturowe, drewno – to wszystko wyróżnia je spośród betonu Warszawy.

1. „Osiedle Przyjaźń” Osiedle Przyjaźń

Zielone, spokojne, przypominające nieco PRL-owskie ośrodki wypoczynkowe „Osiedle Przyjaźni” zostało zbudowane w 1952 roku. W tamtych czasach, oczywiście nie było mowy o żadnej innej przyjaźni niż tej polsko – radzieckiej, którą wskazane było czcić i chwalić przy każdej nadarzającej się okazji. Taką też, było powstanie nowoczesnego osiedla, tym bardziej, iż wzniesione zostało docelowo dla radzieckich robotników pracujących przy budowie majestatycznego Pałacu Kultury i Nauki. Krążą pogłoski, że część budynków pochodzi z rozbiórki dawnego niemieckiego obozu dla jeńców koło Olsztynka. Dowodem na to miały być znalezione przez mieszkańców germańskie napisy na elementach domów. Nikt inny poza nimi ich nie widział. Jak na tamte czasy, osiedle to było bardzo luksusowe. Bezpieczne, strzeżone przez wartowników oraz okalający drut kolczasty było marzeniem dla gospodyń zostających samych na całe dnie w domach, kiedy ich mężowie ciężko pracowali na budowie. Projektanci zadbali również o ukulturalnienie mieszkańców dając im do dyspozycji bibliotekę oraz nowoczesne kino. Jednakże praca się skończyła, złote czasy rozkwitu minęły – a osiedle pozostało. Zostało więc przekazane w ręce warszawskich uczelni i utworzono w nich akademiki. W dawnym klubie robotniczym, gdzie można było po ciężkim dniu robót napić się zimnego piwa – utworzono obecnie dom uciech studenckich pod nazwą „Klub Karuzela”.

2. Dworek z XVIII w. na terenie zespołu dworskiego Tarchomin

Dwor_mostowskich_radek_kolakowski

Typowo polski, parterowy dworek wybudowany został najprawdopodobniej przez Józefa Kantego Ossolińskiego, który kupił majątek w Tarchominie w 1738 roku. Barokowy budynek posiada łamany dach, kryty gontem. Z przodu ganek, podpierany czterema modrzewiowymi kolumnami. Ok. 1790 wykupił go niejaki Tadeusz Mostowski zauroczony walorami krajobrazowymi tego miejsca.

Na cały zespół dworski składają się dodatkowo: pałacowa oficyna, budynek gospodarczy oraz park.

Obecnie tymi obiektami włada Kościół. Jak cały majątek przeszedł w jego ręce? W 1881 roku właścicielem został Władysław Kisiel – Kiślański – inżynier drogownictwa, pełniący również funkcję szambelana papieża Piusa XI. Bardzo oddany zwierzchnikowi Kościoła Władysław, przekazał zatem na łożu śmierci całe tarchomińskie dobra fundacji im. Ojca Świętego Piusa XI. Aby uroczy, drewniany dworek nie popadał w ruinę, został od zewnątrz otynkowany.

3. Pawilon parkowy – Świątynia Diany z 1820 r. na terenie zespołu pałacowo-parkowego Łazienek Królewskich

5_Warszawa_078

Gdzie Belweder się znajduje każdy wie. Jego frontowa część wielokrotnie staje się tłem do zdjęć z serii „Tu byłem”. Po zrobieniu fotki, turysta okrąża zabytek, jest już na jego tyłach i widzi biały, drewniany budynek. Pewnie myśli „O, kolejna toaleta w Łazienkach. Tylko gdzie jest wejście do tej świątyni dumania?”. Jakież musi być jego wielkie zdziwienie, gdy okazuje się, że znalazł świątynię… Diany, czasem nazywaną też Sybilli. Wzniesiona ona została w czasach, kiedy właścicielem Łazienek był rosyjski cesarz Aleksander I. Kiedy jego brat, wielki książę Konstanty wpadł do niego w odwiedziny, niezwykle gościnny Aleksander wydzielił mu ogród, w którym znajdowała się właśnie ta grecka świątynia. Zaprojektowana wg. tradycyjnego, antycznego schematu – na planie prostokąta, otoczona jońską kolumnadą z czterokolumnowym portykiem. Budynki strzegą dwa, bogate żeliwne lwy. Wewnętrzne ściany ozdobione są kwietno – owocową polichromią. Wybudowany został jako miejsce schadzek oraz małych towarzyskich podwieczorków. Obecnie w budynku przestawiane są okolicznościowe wystawy.

4. Dom Paprockiego

Warszawa-Targowek_ul_Biruty18Nazwisko Paprocki niewątpliwie kojarzy się ze sztuką. Dziś, wzięty projektant posiada swoje domy mody. Dawniej, artysta wyśmienitej sztuki wędliniarskiej, zamieszkiwał w domu swojego brata przy ulicy Biruty 18. Łączy ich jedno – wyroby obydwóch są drogie i niewielu na nie stać.

W 1901 roku ruszyła budowa, która została niedokończona ze względu na niedostatek finansowy pewnego kolejarza, który marzył o piętrowym, drewnianym domu. Pomieszkiwało w nim wielu lokatorów, m.in. „drobny rzemieślnik, działacz rewolucyjny, legionista, baletmistrz Opery Warszawskiej oraz aż siedmiu wojskowych, z których każdy w przeszłości walczył w innej armii i na innym froncie”.  Po wojnie dom trafił w ręce miasta. Jego obecny stan pozostawia wiele do życzenia, grozi mu zawalenie, ale mimo wszystko i tak pozostaje zamieszkany. Miejsce sławne, kręcono na terenie jego posesji jeden z odcinków serialu „Alternatywy 4”.

5. Kościół p.w. św. Wincentego z 4 ćw. XIX Cm._Bródnowski_kościół

Kościół budowany w latach 1887-1888, którego projekt wyszedł spod ręki arch. Edwarda Cichockiego stanowi rolę kaplicy cmentarnej.

Do jego budowy wykorzystano sosnowe drewno, które wcześniej służyło za rusztowania przy budowie Kolumny Zygmunta. Do 1960 roku pełnił również funkcję świątyni parafialnej – wtedy wybudowano też drugi, murowany kościół. Budowla posiada bardzo ciekawą architekturę i konstrukcję szkieletu. Szkielet wykonany jest z kantowizny (czyli przy zastosowaniu poziomych elementów łączących słupy w sztywny sposób – tzw. rygli). Świątynia jest jednonawowa z trzema ołtarzami, nawiązująca swoim wystrojem do góralskich kościółków. W ołtarzu głównym umieszczono naturalnej wielkości rzeźbę Ukrzyżowanego, autorstwa Panasiuka na tle panoramy Jerozolimy nocą. Ściany prezbiterium ubogacone zostały dwoma obrazami pędzla nieznanego malarza, pochodzącymi z XIX wieku. Przedstawiają Świętą Rodzinę i Św. Marię Magdalenę. Wnętrze świątyni zdobi bogata polichromia zaprojektowana przez p. Wiesława Kononowicza.

Nie potrzeba pchać się w góry na południe Polski, nie potrzeba kondycji, długiego weekendu, można mieć nawet lęk wysokości. Wystarczy tylko zwiedzić 10 obiektów z listy, wszystko udokumentować na zdjęciach – i odznaka już zdobyta. Trudne? Oczywiście, że nie. Wystarczy tylko chcieć, a poznasz „Miejsca w Warszawie, których nie znasz, a powinieneś”.

A poniżej mapa Warszawy z zaznaczonymi obiektami z listy. Może mieszkasz gdzieś niedaleko?

Mapa obiektów odznaki

Źródła:

http://wiezowce.waw.pl/os_przyjazn.php

http://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_Mostowskich_w_Tarchominie

http://www.um.warszawa.pl/o-warszawie/kompendium-wiedzy/zespol-dworski-mostowskich

http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awi%C4%85tynia_Sybilli_w_Warszawie

http://fotopolska.eu/Warszawa/b54699,Biruty_18.html

http://rok.zby.waw.pl/rok_kronika_drewbud.pdf

http://www.parafiawincentegoapaulo.pl/drew.html

IP

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Sprzęt zimowy – Odcinek 1 – Nie jadę, bo tam są lawiny.

PLECAK

Każdy z nas jakiś tam posiada. Jedni mają mniejszy, inni większy. Niektóre podobno są w stanie zmieścić 10 tomów encyklopedii. To jaki model wybierzemy, zależy już od indywidualnych upodobań oraz dopasowania do sylwetki. Jeśli nam się takowy podoba, to zabieramy go na wszystkie wyjazdy. Jednakże istnieje w sklepach półka z plecakami zimowymi. Czym niby się takie wyróżniają od zwyczajnych? Mają warstwę puchową, a może komin obszyty jest futerkiem? Nic z tych rzeczy.

Zimowe plecaki z reguły charakteryzują się średnią pojemnością (ok. 20-40L) – odbija się to oczywiście na ich lekkości (ok. 1-1,5 kg), która w warunkach zimowej wspinaczki jest nieprzeceniona. Znajduje się w nich specjalnie wydzielone miejsce na sondę lawinową oraz łopatę. Z łatwością można do nich przymocować kask, gogle a nawet narty. Często też są kompatybilne z systemem camelback. Tak jak w klasycznych modelach, posiadają też troki na czekan i kije trekkingowe.

Poniżej przegląd plecaków od najniższej do najwyższej półki.

millet powder 20

  ←Millet Powder 20

                                 ↓Mammut Trion Nirdwand 35

mammut trion nirdwand 35Black Diamond Covert 30

←Black Diamond Covert 30

Od niedawna wielkim zainteresowaniem cieszą się plecaki z systemem ABS. Posiada on „poduszki powietrzne”, które można otworzyć w trakcie porwania przez lawinę śnieżną. Dzięki nim, człowiek znajduje się cały czas na jej powierzchni i unika zagrzebania się w niej. Producenci jednak, nie gwarantują póki co 100% skuteczności tego systemu, ale z pewnością minimalizuje on obrażenia.

Poniżej krótki film, o tym jak taki system mniej więcej działa:

DETEKTOR, SONDA, ŁOPATA… taka sytuacja

Jeśli chodzi o zdrowie i życie, ludzie coraz częściej są na ich punkcie przewrażliwieni . Wybierają zdrową żywność, kupują samochody nafaszerowane elektroniką , chodzą do lekarzy z najmniejszymi skaleczeniami. Przekłada się to również na góry. Na zachodzie jest już standardem, że turysta wyruszając zimą w góry lub na narty ma ze sobą spakowane: detektor lawinowy, sondę i łopatę. Te trzy elementy, niezbędnie ze sobą współgrające, zwiększają szansę na szybkie odnalezienie w lawinie. Nie myślmy, że jedna z tych rzeczy nam wystarczy. Detektor odpowiada za ZORIENTOWANIE poszkodowanego dzięki falom, sonda zaś za jej dokładne ZLOKALIZOWANIE. Funkcji łopaty nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć.

  ↓Detektor lawinowy Ortovox S1

Detektor lawionowy ortovox s1Detektor działa na stałej częstotliwości 457 kHz, która obowiązuje na całym świecie. Na rynku mamy dostępne różne modele. Czym one się między sobą różnią? Ratownicy polecają głównie detektory trzyantenowe. Działają one znacznie szybciej od 1- i 2- antenowych poprzedników oraz nie gubią sygnału nawet podczas szybkiej akcji poszukiwawczej. Rozpiętość cenowa takiego urządzenia waha się od 800 – 2000 zł. Jest to spory wydatek, a kwota ta o dziwo nie zależy od skomplikowanej budowy elektronicznej. Wpływa na nią posiadanie odpowiednich atestów oraz certyfikatów, które niestety do najtańszych nie należą. Natomiast samo złożenie detektora nie byłoby niczym trudnym dla przeciętnego elektronika. Ale czy takie urządzenie działałoby poprawnie w ekstremalnych warunkach? Chyba nie. Każdy z modeli dostępnych na rynku ma podobne działanie, podobne zasady obsługi – mimo wszystko warto jednak ukończyć kurs lawinowy, na którym wykwalifikowane osoby wyjaśnią zasady działania i pokażą jak efektywnie korzystać z tegosprzętu. Więcej o fizycznych aspektach ich działania na stronie: http://www.wyrypy.net/index.php/sprzt/79-1-2-3-anteny-czyli-jak-dziaaj-detektory-lawinowe.html

                                                                                                                                                                ↓Łopata lawinowa Ortovox Kodiak

Łopata lawinowa ortovox kodiak

Sztuka kopania łopatą nie należy do najtrudniejszych, jednakże diabeł tkwi w szczegółach. Są na ziemi osoby, które na zimowy wypad w góry zabrałyby ze sobą najchętniej harcerską saperkę do kopania latryny. Ciężka, nieporęczna, łamiąca się podczas szybkiego kopania zmarzłego śniegu – lepiej taką wyrzucić jeszcze przed wyruszeniem w górę i podarować swoim plecom +5kg do lekkości. Dobra łopata lawinowa powinna ważyć ok. 500-800g. Na jakość kopania, a co za tym idzie, szybkość wydostania ofiary z lawiniska, wpływa wiele czynników. Te, wykonane z aluminium gwarantują dużą wytrzymałość i lekkość konstrukcji. Stylisko, o kształcie stożka, zapewni lepsze przenoszenie siły podczas kopania, niż klasyczne okrągłe. Dobrą opcją jest też możliwość zamontowania trzonka pod kątem 90 stopni, co może być pomocne przy nietypowych zasypaniach.

Większość sond dostępnych na rynku niewiele się od siebie różni. Są to długie, składane tyczki, posiadające wewnątrz linkę lub gumkę, ostro zakończone. Posiadają namalowaną podziałkę, która umożliwia zbadanie głębokości zalegania poszkodowanego. Te z górnej półki zbudowane są z wytrzymałych i rozciągliwych materiałów – mieszanki karbonu z kevlarem. Całkiem przyzwoite stworzone są z samego karbonu, zaś aluminiowe już odchodzą w zapomnienie.

Sonda Black diamond carbon fibre 240

↑Sonda Black Diamond Carbon Fibre 240

RECCO

Wbrew pozorom nie będzie to opis włoskiego nadmorskiego kurortu. Pasywny system ochrony przeciwlawinowej wprowadzony został do użytku w Tatrach Polskich w sezonie 2003/04. Składa się on z reflektora i detektora. Reflektor zbudowany jest z płytki zatopionej w wytrzymały materiał. Dobrze być w posiadaniu dwóch takich reflektorów. Ratownicy radzą, aby „zainstalować” sobie taki jeden w okolicy klatki piersiowej, a drugi w okolicy buta. Jak wygląda poszukiwanie za pomocą takiego systemu? Ratownicy posiadają detektor RECCO, który wysyła sygnał o częstotliwości 917 MHz, który po natrafieniu na reflektor – wraca do nadajnika. Wielu producentów odzieży, plecaków oraz kasków montuje reflektory RECCO w swoich produktach. Wbrew pozorom nie jest to do końca dobre rozwiązanie. Kurtki, które najczęściej posiadają reflektor wmontowany w rękaw mogą być zerwane z człowieka podczas porwania przez lawinę. Wtedy ratownicy znajdą tylko kawałek odzieży, która może być oddalona o kilkanaście metrów od zasypanego człowieka.

To nie wszystko co należy ze sobą zabrać zimą w góry. Wyżej opisany sprzęt nie należy do najtańszych i nie gwarantuje nam wyjścia cało z najgroźniejszego zjawiska górskiego – lawiny. Mimo wszystko, szanse na odnalezienie i przeżycie dzięki niemu diametralnie wzrastają. Warto w niego zainwestować, jednakże posiadanie go nie zwalnia z myślenia i obserwowania warunków pogodowych. Rozważny turysta będzie wiedział co zrobić, aby było tyle zejść co wejść.

 

*Zdjęcia sprzętu górskiego pochodzą ze strony http://www.polarsport.pl

IP

W następnym odcinku „sprzętowym” – Czy raczki to takie małe raki dla dzieci?

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Kwiatoń

kwaiton3

Jest taka niewielka wieś w województwie małopolskim, nieopodal Gorlic, która nazywa się Kwiatoń. Zamieszkuje ją mniej więcej tyle osób ile nie raz w jednym bloku mieszkalnym. Dziwne losy tej wsi były, gdyż pierwsi właściciele, państwo Gładyszowie, nie do końca chcieli się przyznawać do jej posiadania. Nie do końca wiadomo czemu, ale jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę 🙂 Pierwsze wzmianki o wsi pochodzą z 1480 roku, natomiast w raporcie poborowym rodu Gładyszów… nie ma o niej ani słowa. Ten sam rejestr z 1629 roku, podaje już ją jako własność wcześniej wspomnianych. Następnie Kwiatów, bo tak też ją wcześniej nazywano, przeszedł w ręce Jana Tarło herbu Topór. W 1881 roku Kwiatoń była zamieszkiwana głównie przez światłych Łemków, gdyż funkcjonowała tam szkoła ludowa.

Niby wieś jak setki innych w Polsce, ale co ją tak właściwie wyróżnia spośród innych?

W XVII w. wzniesiono w niej cerkiew grekokatolicką p.w. św. Paraskewy (z gr. piątek). Relikwie świętej były przechowywane w różnych miejscach na świecie: Bułgarii, Tyrnowie, Serbii, Belgradzie, stąd też przydomki pochodzące od tych lokalizacji. Petka, bo tak ją nazywano, pochodziła z małej bułgarskiej wioski, aczkolwiek
z bardzo bogatej rodziny. Pod wpływem wizji Boga, postanowiła rozdać cały majątek biednym, po czym wyruszyła w długą podróż do Ziemi Świętej, gdzie została pustelnicą. Jednakże przed śmiercią, postanowiła wrócić do swojego domu rodzinnego, gdzie została pochowana. Tuż po jej pochówku nad jej grobem zaczęły się dziać cuda. Na rozkaz bułgarskiego króla Jana Asena, przeniesiono jej relikwie do Tyrnowa. Po długiej tułaczce, na stałe zostały umieszczone w Mołdawii, w Jassach.

Św. Paraskewa została ulubioną świętą kobiecą, opiekunką narzeczonych, rodziny, upraw oraz zwierząt domowych. Przedstawiano ją w pełnej postaci odzianej w suknię i płaszcz, z obiema rękoma uniesionymi
w geście błogosławieństwa, w lewej trzymając krzyż.

Świątynia jest modelowym przykładem cerkwi łemkowskiej typu północno – zachodniego. Drewniana budowlakwaiton2
o konstrukcji zrębowej  pokryta gontem  składa się z trzech części: przednawia , nawy głównej oraz prezbiterium. Każda z nich jest pokryta oddzielnym, uskokowym dachem, oraz nasadzone są na nie baniaste hełmy z pozornymi latarenkami. Podział ten oczywiście widać gołym okiem od środka i na zewnątrz. Cerkiew jest orientowana, czyli prezbiterium, wg. tradycji, zawsze skierowane jest na wschód, aby wskazywało miejsce, gdzie znajdował się rajski ogród oraz miejsce narodzin Jezusa Chrystusa. Ze wschodu ma również nadejść zbawienie dla wiernych. Wysoka wieża
o pochyłych ścianach ma konstrukcję słupowo – ramową, która nasadzona jest na przednawie. Dookoła niej występuje zachata. Pozorna izbica  znajdująca się w najwyższej części wieży oraz ścianki rozdzielające daszki jako jedyne pokryte są nie gontem – a pionowym szalunkiem. Dodatkowo wymienione wcześniej ścianki ozdobione są fryzem arkadowym, podobnie jak prezbiterium, którego okna dodatkowo posiadają ciekawe obramienia, odróżniające cerkiew w Kwiatoniu od innych.

Bogate, barokowe wyposażenie cerkwi pochodzi z XVII – XX wieku. (Panorama wnętrza) Kolorowa polichromia naśladuje dekorację architektoniczną oraz marmurowe kolumny i gzymsy. Zachodnią część nawy oraz ściany przednawia obiega chór muzyczny z nietypową balustradą oraz ażurowym parapetem . We wnętrzu świątyni znajdują się elementy obrządku zachodniego i wschodniego – prezbiterium jest co prawda oddzielone od nawy ikonostasem, ale przy ścianach znajdują się też ołtarze boczne.  Sam ikonostas został wykonany w 1904r. przez Michała Bogdańskiego.

Cerkiew znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej oraz od czerwca 2013 roku na liście UNESCO.  Udostępniana do zwiedzania jest po wcześniejszym odebraniu kluczy z nieopodal znajdującego się domu nr  17.

                                                                                                                                                                                                                                              IP

  1. Michniewscy M. i A., Duda-Gryc M., Cerkwie Drewniane Karpat, Polska i Słowacja, wyd. Oficyna Wydawnicza Rewasz, Pruszków 2011
  2. http://www.usciegorlickie.pl/pl/21781/0/Kwiaton.html
  3. http://dnidziedzictwa.pl/cerkiew-pw-sw-paraskiewy/
  4. http://panoramy.zbooy.pl/360/pan/kwiaton-cerkiew-wnetrze-hdr/p
  5. http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/obiekty&ID=98
  6. http://www.odkryjmalopolske.pl/cerkiew-sw.-paraskewy-w-kwiatoniu.html
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Inspiracje na wakacje – czyli Riła

Bułgaria kojarzy się nam najczęściej z socjalistycznymi urlopami w Złotych Piaskach. Niewielu jednak wie,że miłośnicy tatrzańskich klimatów znajdą dla siebie tam coś odpowiedniego. Riła – bo o tym dziś będzie mowa – obok Pirinu i Starej Płaniny są idealną alternatywą dla wylegiwania się na plaży dla tych, co preferują wakacyjne górskie wyprawy. Na zakończenie wędrówek – mimo wszystko warto zamoczyć zmęczone nogi        w ciepłych wodach Morza Czarnego 🙂

Riła jest najwyżej wzniesionym masywem górskim na całym Półwyspie Bałkańskim, a jego najwyższy szczyt – Musała, sięga 2925 m n.p.m. Nazwa masywu najprawdopodobniej pochodzi z języka trackiego i oznacza „górę pełną wody”.Alpejska rzeźba Riły jest wynikiem działalności plejstoceńskich lodowców. Kopulaste góry zrębowe zbudowane są głównie z granitów, gnejsów oraz łupków krystalicznych. Ostatniemu zlodowaceniu możemy zawdzięczać dzisiejsze skute lodem jeziora wśród strzelistych turni.

Gratką dla botaników jest tajemnicza Primula deorum – boska stokrotka. Roślina ta jest endemitem, przetrwała ostatnie zlodowacenie i dziś występuje w niewielkich skupieniach powyżej linii lasu.

327_01

Prmiula deorum

Podgórska miejscowość Borowiec (stricte turystyczne miasteczko, zimą stolica sportów zimowych z  czynnym wyciągiem), jest idealnym miejscem wypadowym, z którego najszybciej można zdobyć Musałę. Po drodze na szczyt minąć można aż trzy schroniska górskie – których w tych górach jest wyjątkowo dużo. Warto wiedzieć, że w języku bułgarskim schronisko to chyża, zaś schron – zasłon.

mu78

 

Widok na Musałę

Nieprzypadkowo mówi się, że Riła to bułgarskie Tatry. Nieśmiało można stwierdzić, iż tatrzańska Dolina Pięciu Stawów znajduje tam swój odpowiednik w Dolinie Siedmiu Rilskich Jezior. Rozmieszczone są kaskadowo,         a potoki i strumyki przepływające pomiędzy skałami tworzą wodospady. Nazwy jezior odzwierciedlają ich charakterystyczne cechy: Łza – o krystalicznie czystej wodzie, Oko – o okrągłym kształcie, Nerka – o stromych skalistych brzegach i nerkowatym kształcie, Bliźniak – bo podwójne, Botaniczne – o nieregularnym kształcie     i niskich brzegach, Rybie – najpłytsze oraz Dolne – jako najniżej położone zbiera wodę z powyższych.

rila1

 

Dolina Siedmiu Rilskich Stawów

Żeby nie było tak monotonnie, że tylko góry i góry warto zobaczyć Rilski Monastyr. Założony został  w X wieku przez pustelnika Iwana z Riły. Tamta budowla jednak się nie zachowała do dziś, a najstarsza, bo z XIV wieku jest Chreljowa kuła – obronna wieża z ciosanego kamienia. Monastyr pełnił wyjątkową rolę w duchownym życiu Bułgarów, kolejni carowie przyczyniali się do jego rozwoju dzięki czemu możemy podziwiać jego monumentalną budowę. Oprócz swojej podstawowej funkcji pełnił też rolę twierdzy trudnej do zdobycia dookoła której rozciągają się wysokie mury z dwiema żelaznymi bramami. W obecnych czasach dane nam jest zwiedzać XIX wieczną postać budowli, która została wpisana na listę UNESCO, a dla Bułgarów posiada ona rangę porównywalną z tym, czym dla Polaków jest Wawel.

To zaledwie skrócony opis tego, co można zobaczyć w kraju znanym z opowieści naszych rodziców. Warto spakować plecak i wybrać się tam oraz zahaczyć również o Pirin i Starą Płaninę… o nich za tydzień 🙂

 

mu18

Rilski Monastyr

 

 

IP

 

Źródła:

http://www.klasztory.pl

http://www.bulgaricus.com/

http://podroze.gazeta.pl

http://podroze.onet.pl

http://en.wikipedia.org/wiki/Primula_deorum

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Mont Blanc, Monte Bianco, Biała Góra… oraz wszystko dookoła niej

mont_blanc_02

Tym razem opuszczamy granice naszego kraju i udajemy się… no właśnie. Do Francji czy do Włoch? W Alpy Graickie, leżące dokładnie na przełomie tych dwóch państw. Ograniczone są  Małą Przełęczą Św. Bernarda na północy oraz Przełęczą Frejus na południu, między dolinami rzek Isere, Dora Riparia i Dora Baltea. Rozciągają się od południowego – zachodu na północny – wschód przez 150 km. Dolne partie pasma porośnięte są  lasami liściastymi, wyżej iglastymi, później pojawiają się zarośla subalpejskie i hale. Najwyższe partie gór
są obecnie zlodowacone.

Klasyczny podział pasma wyróżnia Alpy Graickie: środkowe, wschodnie i zachodnie. Na terenie tych dwóch ostatnich części znajdują się parki narodowe: w zachodniej – PN Vanoise, wschodniej – PN Gran Paradiso. Najwyższym szczytem oczywiście jest Mont Blanc (4810 m n.p.m.), górujący nad całymi Alpami. Co zatem można zobaczyć przy okazji zdobywania słynnego czterotysięcznika?

Park Narodowy Gran Paradiso to największy włoski parkpunta-pusset-koziorozce-alpejskie-w-parku-narodowym-gran-paradiso_201111261014 (1)
z zapierającymi dech w piesiach widokami na najwyższy jego szczyt – Gran Paradiso (4061 m n.p.m.). Liczne lodowce oraz lasy iglaste tworzą niespotykaną scenerię. Co jeszcze go wyróżnia spośród innych parków? Oficjalnie został on utworzony w 1922 roku z inicjatywy króla Wiktora Emanuela II – myśliwego polującego na koziorożce. Sam jednak doszedł do wniosku, że należy je chronić i zabronił łowiectwa w tamtej okolicy, dlatego też masyw Gran Paradiso stał się jedynym obszarem w Europie, w którym te zwierzęta zdołały przetrwać. Razem z nimi napotkać można też kozice, znane nam z Tatr, jednakże ze względu na sprzyjające warunki zachowało ich się tam dużo więcej. Niektóre osobniki są na tyle oswojone,
że podchodzą do ludzi i dadzą się nawet pogłaskać 🙂

Ale  Włochom pozazdrościli Francuzi. Przetransportujemy się zatem podgórskim tunelem nieco na północ. Blisko 21 lat później wyszła inicjatywa założenia parku Vanoise, która zrealizowana została kolejne 20 lat później – w 1963 roku. Dzięki graniczeni z PN Gran Paradiso tworzą razem jeden wysokogórski obszar chroniony o powierzchni 1250m2 (notabene największy w Europie). Jest to najstarszy i najpopularniejszy francuski park narodowy. Pobudki do jego utworzenia były takie same jak w przypadku wcześniej opisywanego parku – całkowite wyginięcie gatunku koziorożców. Na chwilę obecną udało się odtworzyć ich populację, głównie przez ich migrację z parku Gran Paradiso. Podczas trekkingu podziwiać można charakterystyczne piętra roślinności wysokogórskiej z licznymi osobnikami roślin: storczyka – obuwika pospolitego oraz mikołajka alpejskiego zwanego „królową Alp” w piętrze reglowym, storczykowatego ciemnogłowa wąskolistnego (wydzielającego waniliowy zapach) w piętrze alpejskim, a w piętrze subniwalnym – najmniejsze drzewo świata
o wysokości 2 cm – wierzbę zielną. Ciekawostką jest to, że na terenie parku istnieje możliwość biwaku pod namiotem. Służą do tego wyznaczone miejsca w okolicach schronisk, a rozbić można się od 1 czerwca do 30 września w godzinach 19.00 – 8.00.*

roślinki

Przenieśmy się teraz do Chamonix. Mało słoneczne miasto (przez otaczające góry nasłoneczniane przez 5-7 godzin w ciągu lata), jest najpopularniejszą bazą wypadową dla zdobywców Blanc’a oraz innych alpejskich szczytów. Najpopularniejszą atrakcją, wg. portalu Tripadvisor jest kolejka górska na szczyt Aiguille du Midi (3852 m n.p.m.). Południowa Iglica, bo tak jest ten pik nazywany, zbudowana jest z granitów, a słońce
w południe góruje dokładnie nad tym szczytem. Na samą iglicę, można wjechać 40-metrową windą wewnątrz góry. Warto również wiedzieć, że w 1818 roku zdobył go m.in. Antoni Malczewski.

20060502_121608Oczywiście w Top10 musiał się też uplasować sam Mont Blanc. Co prawda na 6 miejscu, ale przecież nie każdemu jest dane tam wejść. Krąży wiele mitów, o tym, że Mont Blanc miałby być łatwą w zdobyciu górą. Z technicznego punktu widzenia, byłoby to prawdą uwzględniając ładną pogodę, nienapotykanie szczelin po trasie oraz dobrą aklimatyzację. Trudności drogi w najtrudniejszym miejscu grani sięgają tych co najwyżej z Orlej Perci – z tą różnicą, że grań nie jest ubezpieczona, a zatem konieczne jest założenie raków. Konieczne są też umiejętności asekuracji oraz powiązanie liną – powyżej 3800 metrów można napotkać wspominane już szczeliny, często zasypane śniegiem. Najpopularniejszą trasę – francuską, można uznać za rozpoczętą przejażdżką tramwajem  „du Mont Blanc” do Nid d’Aigle. Dalej, zgodnie z drogowskazem, przez rumowisko skalne, ku schronisku Tete Rousse lub od razu do Goutiera. Wyżej wspinaczy czeka słynny kuluar Rolling Stones – żleb, na którym ma miejsce najwięcej wypadków na szlaku. Zagrożeniem są spadające z dużą prędkością kamienie – dlatego konieczne jest posiadanie kasku. Dalej grań Goutier… najtrudniejszy odcinek trasy. Grań o nachyleniu 30-45%  bardzo zatłoczona i wąska. W dolnej części jednokierunkowa. Następnie zbocza Dome do Gouter trzeba ominąć zakosami przez seraki i szczeliny. Dochodząc do siodła – można z daleka zobaczyć metalowy barak Valot –
a od niego już prawie cały czas granią, mijając pierwszy mały szczyt, na Dach Europy Zachodniej.

Jest wiele powodów dla których warto się wybrać w tamto miejsce. Chęć zdobycia szczytu do Korony Ziemi, przebycia wysokogórskiego trekkingu w alpejskim klimacie tudzież przesunięcia swojego własnego horyzontu. Każdy ma swój mały, albo wielki cel. Warto jednak pamiętać, że wybierając się po zdobycie Blanca, nie trzeba koniecznie wejść i zejść z góry. Że oprócz lodowców, grani i dużych wysokości są też inne miejsca warte odwiedzenia.

*więcej informacji na: http://www.parcnational-vanoise.fr/fr/randonnees-vanoise/bivouac.html

Źródła:

http://pl.tripadvisor.com/Attractions-g187261-Activities-Chamonix_Haute_Savoie_Rhone_Alpes.html

http://usmiechniety25.w.interia.pl/

http://pl.wikipedia.org/

http://www.parcnational-vanoise.fr/

Opracowała: IP

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

B jak Bochnia, U jak UNESCO

plan

Od jakiegoś czasu krążą głosy, iż do kopalni soli w Wieliczce, wpisanej w 1978 roku przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego oraz  należącej do Muzeum Żup Krakowskich, ma dołączyć kopalnia w Bochni. 3 maja 2013 roku została ona pozytywnie zaopiniowana przez Komitet Światowego Dziedzictwa, a oficjalny dokument w tej sprawie został opublikowany w Paryżu. Do symbolicznego połączenia żup krakowskich, a także historycznego „awansu” bocheńskiej żupy pozostał już tylko jeden krok – w dniach 16-17 czerwca 2013 roku, w Kambodży odbywa się plenarne posiedzenie delegatów UNESCO oraz wielkie głosowanie. Trzymajmy zatem mocno kciuki, a wcześniej – przyjrzyjmy się nieco temu urokliwemu miejscu.

Żeby lepiej poznać kopalnię, przenieśmy się ponad 700 lat wstecz. Najprawdopodobniej przypadek zadecydował o tym, że w przyszłości w Bochni będą eksploatowane na szeroką skalę pokłady soli kamiennej. W 1248 roku podczas pogłębiania studni solankowej, zupełnie nieświadomo odkryto złoża tej substancji. Zainteresowany tym znaleziskiem Bolesław Wstydliwy postanowił zainwestować wraz z Cystersami w kilka szybów górniczych. Z biegiem czasu, kiedy wydobywano coraz większą ilość soli, połącBez tytułu2zono ją z kopalnią
w Wieliczce w jedno duże przedsiębiorstwo pod nazwą „Żupy krakowskie”, które były własnością królów polskich.
W średniowieczu przynosiło ono 1/3 dochodów całego skarbca! Pionowe zaleganie skał solnych przyczyniło się do wprowadzenia pionierskich metod wydobycia, a dziś można podziwiać niespotykane kształty komór poeksploatacyjnych oraz korytarzy. Początkowo, sześcienne bloki soli górnicy odrywali ręcznie od  skały macierzystej za pomocą kilofów, nieco później krokiem milowym w produkcji było sprowadzenie do podziemnej pracy koni, pomagających transportować wydobyty materiał. Podobnie jak w całej Polsce, tak i w Bochni dał się we znaki Kazimierz Wielki. Miasto uzyskało najszersze na skalę świata przywileje. Ufundował również szyb Regis, dzięki któremu odkryto nowe pokłady solne. Rozwój kopalni i wydobycia pociągnął za sobą również wzbogacenie cechu rzemiosł – kowali, bednarzy, powroźników oraz karbarzy. Gdy nastąpiły czasy panowania Dynastii Saskiej, sprowadzono geometrę Jana Gotfryda Borlacha, dzięki któremu dziś możemy zwiedzać kopalnię uporządkowanymi korytarzami. Wedle jego projektu powstały również dwa główne szlaki transportowe: August i Podmoście. Czasy zaborów oraz wojen odbiły się na kopalni. Pogorszyła się sytuacja ekonomiczna, doprowadzająca do zacofania technologicznego. W XX wieku planowane było również zaprzestanie wydobycia i zamknięcie kopalni, jednakże zdołano przekonać rząd, aby eksploatować złoże metodą „na mokro”, co przyniosło jeszcze sporo zysków. Pewnie zastanawiacie się co z wspomnianymi wcześniej końmi? Otóż, dopiero w latach 60. doprowadzono elektryczność do kopalni, przez co zwierzęta zostały wyręczone maszynami. Dopiero rok 1990 przyniósł zaprzestanie wydobycia. Jedyny odbiorca – zakład przemysłowy Solvay w Krakowie, został zlikwidowany. Do tej pory, pracę szybu Campi usprawniała najdłużej pracująca w Polsce parowa maszyna wyciągowa.
W ostatnich 20 latach bocheńscy górnicy w dużym stopniu przygotowali kopalnię do celów rekreacyjnych,
a w 1995 roku zadecydowano o utworzeniu uzdrowiska, a w 2000 roku, prezydent RP nadał jej status pomnika przyrody.zyniósł zaprzestanie wydobycia. Jedyny odbiorca – zakład przemysłowy Solvay w Krakowie, został zlikwidowany. Do tej pory, pracę szybu Campi usprawniała najdłużej pracująca w Polsce parowa maszyna wyciągowa.

0002                  Dzisiaj możemy zwiedzać kopalnię na dwóch poziomach: IV August, zalegający na głębokości 176 metrów oraz VI Sienkiewicz na 223 metrach gł. Unikatowe kształty komór, kaplice z rzeźbami i malowidłami oraz narzędzia górnicze stanowią atrakcję turystyczną. Dostępna jest jedyna na świecie Podziemna Ekspozycja Multimedialna, dzięki czemu zwiedzanie ma charakter podró ży w czasie. Zwiedzanie kończy się w komorze Ważyn na głębokości 250 metrów, gdzie znajduje się boisko sportowe, zjeżdżalnia, restauracja oraz sklep
z pamiątkami. Zwiedzanie można urozmaicić również przeprawą łodziami. Kolejną atrakcją są pobyty nocne
w kopalni na gł. 250 metrów w niezwykłej solnej scenerii. A dla tych, którym ruchu nigdy za wiele – istnieje możliwość gry w siatkówkę na podziemnym boisku.

Zjazdy do kopalni odbywają się szybem Campi. Jego nazwa pochodzi od słowa „campus”, oznaczającego pole, bowiem szyb wybity w XVI w. został poza miastem. Drugi szyb Sutoris znajduje się w ścisłym centrum Bochni. Według legendy znaleziono w nim pierścień wrzucony przez św. Kingę do kopalni soli w węgierskim Marmarosz. A że stało się to w ogrodzie należącym do bocheńskiego szewca (szewc to po łacinie sutor) – stąd też jego nazwa.

Zatem, już niedługo można będzie się spodziewać w Bochni rzeszy turystów nadciągających zobaczyć zapomnianą kopalnię. Wielu z nas, z pewnością także wkrótce zechce odwiedzić tamto miejsce oraz malownicze okolice, ale o nich już wkrótce…

0004

Bez tytułu

Źródła:
http://www.kopalnia-bochnia.pl
www. kopalniasoli.pl
http://www.bochnianin.pl

Opracowała: IP

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Edward Hudziak – zawodowy ratownik GOPR, członek służby śniegowo – lawinowej GOPR, przewodnik beskidzki, wieloletni kierownik schroniska w Markowych Szczawinach, działacz PTTK

 

Hudziak-3

Od zawsze marzył o prowadzeniu schroniska na Markowych Szczawinach. Urodzony w Makowie Podhalańskim, jako dziecko wchodził na okoliczną górkę
i z niej godzinami oglądał szczyt Babiej Góry. Słynął
z bardzo szybkiego tempa pokonywania tras. Drogę, która przeciętnemu turyście zajmowała trzy dni – odbywał w ciągu jednej doby. Na obozie przodownickim na Słowacji był niedościgniony przez swoich rówieśników. Oczarowany babiogórskimi wschodami słońca, pełnił w Markowych
Szczawinach służbę w GOPR. Większość tyczek, które możemy zobaczyć w okolicach szczytu wnosił na swoich plecach.  Na samym szczycie Diablaka był ok. 2 000 razy! Mimo to, nigdy nie traktował tego wyniku jako wyczyn, nie konkurował z innymi. Jak sam powiadał – chodził tam, bo lubił. „Zabawniejszy ‘rekord’ pobiłem samochodem terenowym na Górnym Płaju, gdy przez trzy dni przebijałem się przez zaspy z Krowiarek na Markowe Szczawiny, a to tylko siedem kilometrów!”. Był autorem imprezy „Tropienie Niedźwiedzia Babiogórskiego”, dedykowanej głównie ratownikom GOPR, pracownikom Parku oraz Straży Granicznej. Z wielkim sentymentem traktował narciarzy tourowych zatrzymujących się w schronisku. Sam fascynował się tą dyscypliną, był pomocnikiem instruktora narciarstwa, a z Babiej zjeżdżał nawet w czerwcu, kiedy już pojawiali się pierwsi rowerzyści. Starał się utrzymywać swojską, tradycyjną atmosferę w schronisku, z ogniskiem, gitarami i śpiewem. Pomimo różnych incydentów – jak to się zdarza nieraz w schroniskach – nigdy nie wyobrażał sobie go porzucić. To właśnie tam czuł się najlepiej,
a Markowe Szczawiny nazywał swoim „miejscem na Ziemi”. W styczniu 2010 roku uległ groźnemu wypadkowi. Jadąc quadem na Krowiarki po śliskiej, oblodzonej drodze, zboczył z drogi, a gałąź przebiła mu nogę. Straciwszy ok. 2 litrów krwi, przeżył cudem. Leżąc nieprzytomnie, ocknął się, gdy dzwoniła do niego jego córka. Udało mu się zatamować krwotok.

Równo rok po tym wydarzeniu, 28 stycznia 2011, w niewyjaśnionych przyczynach zmarł podczas wejścia aklimatyzacyjnego na Illinizas Norte w Ekwadorze. Jego śmierć, jak mawiają ludzie gór, była końcem pewnej epoki w Beskidach. Co roku w Markowych Szczawinach organizowany jest Memoriał Skitourowy im. Edwarda Hudziaka.

Opracowała: Iga Pikul

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Magura Spiska na dobry początek

        W najbliższym czasie odbędzie się kolejna, czwarta już edycja „Gór za miedzą”. Organizator wyjazdu zabierze nas tym razem w tereny Magury Spiskiej i Pienin. Pieniny jakie są – każdy widzi i z pewnością nie jeden z Was już tam był. Natomiast niepozorne,  zalesione pasmo Magury, nie jest już większości tak dobrze znane. Przez cały dzień wędrówki można tam nikogo nie spotkać, zatem jest to idealne miejsce dla osób chcących obcować z naturą z dala od turystycznego zgiełku, poszukujących spokoju i wyciszenia. Aby Magura nie była Wam aż tak obca, zapraszam do lektury, poznacie  ją bliżej, a w efekcie z pewnością zechcecie odwiedzić.

magura spiska mapa

        Magura wchodzi w skład Pogórza Spiskiego, które m.in. sąsiaduje właśnie z Pieninami. Pasmo grzbietowe, rozciągające się na długość 30 km, dzieli się na dwie części: zachodnią, mającą swój początek w dolinie Jaworowego Potoku, oraz wschodnią – kończącą się
w dolinie Popradu. Rozdzielone są Toporzecką Przełęczą (802 m n.p.m.). Mają one swoje nieoficjalne nazwy, pochodzące od ich najwyższych szczytów. Zachodnia – Rzepisko – tak samo jak najwyższy szczyt Magury oraz Pogórza Spiskiego (1252 m n.p.m.) oraz wschodnia – Wietrzny Wierch (1111 m n.p.m.).

        Pogórze Spiskie wraz z Magurą mieszczą się w obrębie geologicznej struktury niecki podhalańskiej, która jest wypełniona utworami paleogeńskimi i tworzy rozległą synklinę od Pienińskiego Pasa Skałkowego na północy, po Tatry na południu. Pogórze zbudowane jest z warstw należących do fliszu podhalańskiego (nieco młodsza odmiana znanego nam z Karpat), składających się z warstw zlepieńców, piaskowców, mułowców i iłowców, układających się naprzemianlegle na dnie dawnego morza, a później sfałdowanych i wypiętrzonych tektonicznie.

        Większość obszaru Magury jest pokryta lasami. W niższych położeniach są to lasy bukowo-jodłowe, zaś powyżej 1050 m n.p.m. panują lasy świerkowe. Warto zaznaczyć, że znajdują się tutaj (okolice Smerczyn oraz Jaworzyny Zdziarskiej) dwa naturalne skupiska odmiany sosny kosodrzewiny, której nasiona zostały przywiane najprawdopodobniej aż z Tatr Bielskich.

        Łagodny, beskidzki charakter Magury pozostawał w cieniu innych gór i uznawany był za nieatrakcyjny.
Aż nagle, w 2004 roku, nastąpiło szczęście w nieszczęściu, które Słowacy nazywają Veľká kalamita. Huragan ten wymiótł całe połacie Tatr po ich stronie zahaczając również o Magurę Spiską, tworząc rozległe wiatrołomy. Wtedy też odsłoniły się widoki na Tatry Bielskie (z Hawraniem) oraz Tatry Wysokie (z Łomnicą), a także na białe skałki Pienin.

        To tylko suche fakty o tym intrygującym miejscu. Zapraszamy serdecznie na wspólny wyjazd, aby móc zobaczyć na własne oczy przepiękne panoramy Tatr oraz delektować się spokojem tego miejsca. Więcej informacji na stronie: http://skptg.om.pttk.pl/kurs/dokumenty/ulotki/ulotka_2013_05_boze_cialo_spisz.pdf.

CZY WIESZ, ŻE…?

Na Magurze nie ma żadnych schronisk turystycznych? Baza noclegowa znajduje się w miejscowościach leżących u podnóży: Ždiarze i Tatrzańskiej Kotlinie.

 magua spiska zdj

Zdjęcia i fragment mapy pochodzą ze stron:

http://www.irart.pl/blog/blog5.html

Opracowała: Iga Pikul

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.